sobota, 19 sierpnia 2017

O tym, jak mój blog umiera

Cześć. Dzień dobry. Witam. (a może Dobry wieczór, kto wie, jaką porą czytacie ten post... o ile ktoś go faktycznie czyta). Z tej strony Meredith. Tak, autorka. Wcale nie chciałam do Was pisać i przelewać na papier tego wszystkiego, co mi na sercu leży, ale spontanicznie utworzyłam ten post i jednak coś tworzę. W końcu to mój blog. Umierający blog, ale zawsze blog. (długo się również zastanawiałam, czy to opublikować. nie jestem do końca pewna, czy chcę się dzielić ze światem moimi uczuciami)


Pewnie zauważyliście (albo i nie) ostatnio moją... małą aktywność. Gdziekolwiek. Czy to na moim blogu czy na Waszych. Mówię 'ostatnio', ale tak naprawdę to trwa jakoś od paru miesięcy. (znaczy, nie oszukujmy się - już wcześniej miałam problemy z systematycznym odwiedzaniem Waszych blogów, ale zawsze jakoś dawałam radę). A wszystko zaczęło się od tego, że nadszedł drugi semestr klasy maturalnej i zostałam zawaloną nauką bardziej niż wcześniej. Z tego powodu miałam mniej czasu... na wszystko. Tak jak bloga jeszcze starałam się prowadzić, tworzyć posty, odpowiadać na komentarze, tak na odwiedzanie Waszych nie miałam już nie tylko czasu, ale i ochoty. 

Miesiąc maj był natomiast ironicznym miesiącem. To najlepszy czas pod względem aktywności w historii bloga. To dlatego że już się nie uczyłam i znalazłam bezcenne chwile, by zająć się tym miejscem.

Szkoda tylko że nie umiałam tego zatrzymać i pielęgnować.

Ponieważ myślałam, że w maju wszystko odżyło i wreszcie wróciło na dawny tor. Wchodziłam na Wasze blogi, czytałam je, prowadziłam swój. Więc kiedy pod koniec maja zrobiłam sobie przerwę, nie spodziewałam się, że t o się stanie. Powolna śmierć Strefy czytania.

Wszystko z powodu tego przykrego faktu, którego byłam świadoma, ale nigdy wcześniej nie bolało mnie to tak, jak teraz: nie odwiedzam Waszych blogów, więc nikt nie odwiedza mojego. W tym miejscu chciałabym podziękować tym nielicznym osobom, których sobie w głowie nazwałam (choć nie wiem, czy słusznie) stałymi czytelnikami, które komentowały moje posty od końca maja aż do teraz! Tak naprawdę w tym czasie tylko Wasze słowa powodowały, że nie opuściłam bloga na dobre.

Bo gdy raz zaznałam tego, że ktoś czyta moje twory, nie chcę z tego rezygnować. I kiedy to straciłam, straciłam też zapał, a moja pasja zmalała. CHCĘ, żeby ludzie czytali to, co piszę, ale nie dlatego że ja weszłam na ich blog, tylko dlatego że naprawdę ciekawi ich to, co myślę. Ha. Być może pragnę niemożliwego. 

Mój blog nigdy nie był popularny. Nigdy nie miał tysięcy wyświetleń. Ale wyrobiłam sobie pewną normę, cieszyłam się tym, co robię i dzieliłam się tą radością z Wami. Więc kiedy spadłam sporo ponad moją normę, po prostu ucięło mi to skrzydła. 

Nie chcę, żeby mi w komentarzach (chyba że takowe się nie pojawią...) mówiono, że nie mam się przejmować aktywnością czy liczbami. Ponieważ się przejmuję. Ponieważ brak choć tej minimalnej statystyki, poczucia, że ktoś docenia to, co tworzę, t r a c ę cały zapał, który towarzyszył mi (raz mniej, raz bardziej) przez te dwa i pół roku. 

Czy to takie dziwne, że chcę być doceniana? 

Nie mówię od razu, że pragnę sto tysięcy wyświetleń czy komentarzy. Nie. Pragnę tego mojego minimum, które tak ładnie się utrzymywało, a które straciłam. Pragnę ludzi, którzy odwiedzają mojego bloga, bo chcą. 

A najgorsze jest to, że nawet jak zamknę ten blog i opuszczę to miejsce, nikt nawet nie zauważy. Najgorsze jest to, że włożyłam w tę stronę całe moje serce. Najgorsze jest to, że starałam się pokazać tu siebie. Najgorsze jest to, że mam wrażenie, iż nikt tego nie dostrzega. Najgorsze jest to, że nawet nie umiem ostatecznie rozstać się z tym miejscem, bo za bardzo je kocham.

Najgorsze jest to, że w chwili obecnej, patrząc na moją Strefę czytania, czuję jednocześnie dumę, radość, ból i poczucie niespełnienia.





Przepraszam, że Was zarzucam moimi żalami, ale jestem skołowana. Zrobiło mi się jednak lepiej, kiedy to wreszcie z siebie wydusiłam. Powiedziałabym, że czekam na komentarze i że liczę na to, że mi powiecie, co myślicie, że się rozpiszecie w więcej niż jednym zdaniu, ale i tak rzadko to się dzieje. Będę więc milczeć.

sobota, 12 sierpnia 2017

Profesjonalny zwierzołak - Andriej Bielanin & Galina Czernaja


Tytuł: Profesjonalny zwierzołak
Autor: Andriej Bielanin & Galina Czernaja
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 413
Rok wydania: 2002 (ogólnie), 2009 (Polska)
Seria/cykl: -

Bo na tabuny bestii, wampirów i upiorów potrzeba fachowców.

Ona to rekin-ludojad w oceanie męskiego szowinizmu. Z aparycją rozpalającą nawet zombiaki i wdziękiem, od którego iskrzą cyborgi. Tylko, że po kolokwium z kulturoznawstwa dziabnął ją wilkołak i się popaprało. Na szczęście jest On - superheros, który działa na niewiasty z siłą bomby atomowej. Niestety beznadziejnie zakompleksiony z powodu imienia i mało komunikatywny - rozprawiać z nim o miłości to jak całować się z parowozem. Zatem cała nadzieja w Agencie 013, kocie ze słabością do intelektualnej dominacji, który chodzenie w butach uważa za pretensjonalne.
Możesz spodziewać się wszystkiego. Krwiożerczy rabin, niema gejsza, eskimos-spacerowicz - grunt to profesjonalny kamuflaż. 

Ta historia nie wywoła mrówek na plecach - one też zemdlały z wrażenia.


Bohaterowie
W Profesjonalnym zwierzołaku jest troje głównych bohaterów: Alina, Aleks i agent 013. Ten ostatni jest kotem... i do tego profesorem! Postacie te, podobnie jak fabuła, są nieco absurdalne i surrealistyczne (szczególnie kot...), co akurat całkiem mi się podobało. Ale oprócz tego wydają mi się tacy... niemrawi, słabo zarysowani. Alinę tolerowałam, ale koło 230 strony miałam jej dość. Jest po prostu głupia i ciągle histeryzuje! A na jej przemyślenia często reagowałam ciężkim westchnięciem i przewróceniem oczami. Aleks jest niecharakterystyczny. I nieciekawy. Jedynie agenta 013 polubiłam, gdyż był najbardziej interesujący (to gadający kot-profesor! no nie mogłabym nie obdarzyć go sympatią). Reszta bohaterów (dość sporo ich się przewinęło) zginęła w tłumie; nikt się nie wybił.


Fabuła
Jak już wspominałam, fabuła była dość absurdalna i surrealistyczna (i zastanawia mnie tylko, czy autorzy na pewno zrobili to celowo xDD). Wydarzenia nie toczyły się aż tak szybko, jakbym chciała, czasami były wręcz nużące i utrudniały mi czytanie, gdyż nie mogłam się w nie wciągnąć. To jeden z moich głównych zarzutów wobec tej pozycji - że się nie wciągnęłam. Absurd mnie śmieszył, ale sposób opisywania misji, na które udawali się bohaterowie, już niekoniecznie. Więcej konkretnej akcji, mniej niepotrzebnych, nudnych scen - i byłoby o wiele lepiej. Fajnym aspektem Profesjonalnego zwierzołaka była różnorodność istot fantastycznych, w które obfitowała książka - duchy, wampiry, wilkołaki, zjawy i wiele innych. Nie zabrakło także wątku miłosnego i... był tak tragicznie wykreowany, że aż nie mam ochoty tego komentować. Fabuła była więc absurdalna, czasami nużąca, niewciągająca, ale pomimo tego znalazły się interesujące momenty (misja we Francji!).



Kilka słów na koniec
Styl autorów stworzył tę całą absurdalną otoczkę - dobór słów, sposób opisywania. Początkowo mi się podobał, ale potem zaczął mnie trochę męczyć. Ale jest coś, co bardzo przypadło mi do gustu - humor! Ta książka potrafiła mnie rozbawić i pewnie gdyby nie to, odebrałabym ją o wiele gorzej. Nie czułam jednak większych emocji, czytając ją, a miejscami wręcz ją męczyłam. Humor naprawdę sporo uratował. Narracja jest pierwszoosobowa, z perspektywy Aliny. Tylko rozdziały mogłyby być nieco krótsze, bo te stanowczo były zbyt długie.
Profesjonalny zwierzołak jest więc absurdalną, humorystyczną, ale i nieco nużącą książką. Bohaterowie zostali słabo zarysowani, a fabuła miejscami mnie męczyła.

Ocena: 5/10

Czytaliście może? ^_^ Chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzu! A jeśli nie czytaliście - chcielibyście? Co powiecie na absurd w książkach - jesteście fanami czy nie bardzo? :D
Wszystkie zdjęcia w poście są mojego autorstwa.

Tymczasem ja pewnie jadę właśnie do Krakowa! To miasto jest takie piękne! <3